Moja banda doskonała: Filuś, Czarna oraz Mała
RSS
wtorek, 17 czerwca 2014

Nic w przyrodzie nie ginie.

To co dajesz zawsze wraca, w takiej czy innej formie.

Jeszcze parę lat temu Boguś swoją młodzieńczą energię niemiłosiernie wyładowywał każdego dnia na spokojnym Filusiu. Minęło parę wiosen, życie zatoczyło krąg i oto wszystko, to co robił z Filkiem wróciło do Boguśka. Z jedną różnicą -teraz on jest workiem treningowym :))

Tagi: Boguś zołza
17:24, jagus161
Link Komentarze (6) »
wtorek, 03 czerwca 2014

- Cześć. Jestem Zołza.

- Bardzo przepraszam, za mój lekko niewyjściowy strój, ale 27 maja przeszłam sterylizację i stąd ten kaftanik bezpieczeństwa.

 

Tagi: zołza
12:39, jagus161
Link Komentarze (6) »
wtorek, 27 maja 2014

- Piesek jest chory i trzeba go uśpić- te słowa kieruje do mnie mężczyzna ze smyczą w ręku zamykając drzwi, za którymi żegna się z tym światem jego pies. Po czym wychodzi z przychodni, wsiada do auta i odjeżdża. I tyle w tym temacie.

Kim a może czym są dla nas zwierzęta tak stare, tak schorowane, że decydujemy się na ich eutanazje i czy taki krok to dla nas pozbycie się „problemu”, czy może robimy to dla nich mając wiarę, że skracamy ich cierpienia.

Siedząc dzisiaj w poczekalni u weterynarza odczułam, że pozbyto się problemu, który ostatecznie zapakowany w karton czekał na firmę utylizacyjną.



Tagi: pies
17:19, jagus161
Link Komentarze (2) »
sobota, 17 maja 2014

Czas akcji. Piątek ok 16.00.

Miejsce akcji . Kuchnia.

-Filek, nie próbuj teraz skakać z lodówki- mówię do niego szypułkując truskawki.

- Nie skacz na blat. Siedź grzecznie na lodówce i czekaj! Wlazłeś tam, ruda łachudro, to przynajmniej poczekaj z zejściem aż skończę . Nie ma miejsca w tej chwili na twoje akrobacje.

-Cholera... nie skacz!!! Aaaaaa...!!!!! Filek uduszę cię!!!! Coś mi zrobił!!!! Jak piecze i szczypie!!!!

Cudowny początek weekendu. Do mojego podłego nastroju związanego z panującą aurą Filek dodał od siebie trzy krwawe szramy na moim prawym policzku.

 Hmmm... pytanie typu egzystencjonalnego- znikną  do poniedziałku ??



Tagi: Filek
06:40, jagus161
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 12 maja 2014

Powiedziało się „A”.

Kobyła u płotu.

Pacta sund servanda.

Tyle, tytułem wstępu, że wracam do spisywania na bieżąco nikczemnego żywota niewdzięcznych i rozpuszczonych czterech futer  i jednego sierściucha, któremu mimo upływu lat i moich starań nie ułożyło się po kolei w czerepku.

Jednak, nim teraźniejszość zajmie pierwszoplanowe miejsce, muszę niestety wrócić do przeszłości, a konkretnie cofnąć się do 4 lipca 2013 roku.  Słowo niestety, jest jak najbardziej na miejscu, bo nie jest to dla mnie data radosna, mimo iż dla ponad 315 mln Amerykanów jest. Nie dla mnie, bo wtedy ostatni raz widziałam Czarną Kicię.

Czarna jak to zwykle w jej naturze było, wygrzewała się owego popołudnia na aucie, zaparkowanym przed domem sąsiada Irka. I tam ją wszyscy widzieli. Później, wieczorem już nikt jej nie widział i mimo zakrojonej na szeroką skalę akcji poszukiwawczo – informującej, Czarna Kicia zapadła się pod ziemię. Przez kilka miesięcy wychodziłam każdego wieczora przed dom na ulicę i nawoływałam. Nie przepuściłam żadnemu czarnemu kotu w okolicy, musiałam dokładnie go obejrzeć. Monitorowałam strony internetowe, w tym stronę schroniska w Sosnowcu.  Do tego stopnia nie dopuszczałam do siebie zaginięcia Czarnej, że w styczniu tego roku, myślałam, że ją znalazłam, że szczęście się w końcu uśmiechnęło do mnie, gdy przeczytałam właśnie na schroniskowej zakładce kotów do adopcji, że czarna kotka o jedwabistym futerku czeka na dom.  Na samo wspomnienie tamtych emocji, gdy jechałam do schroniska, widząc oczami wyobraźni jak Ją ściskam w ramionach, jak przytulam Jej łebek do mojego policzka i w końcu jak Ją zabieram do domu, łzy pojawiają się w kącikach moich oczu. Niestety życie jest brutalne i w tym wypadku takie też było. Kotka w schronisku faktycznie była łudząco podobna do Czarnej, miała podobną posturę, miała jak Czarna jedwabiste futerko. Inne były oczy, które nie były oczami Czarnej i nie miała charakterystycznej kępki białego futerka na brzuszku w okolicach blizny po sterylce. I co najbardziej przekonujące, trafiła do schroniska w czerwcu 2013, czyli wtedy, gdy Czarna Kicia była jeszcze z nami.  Wtedy, tam w schronisku w kociej chatce poddałam się.  Najnormalniej w świecie rozryczałam się w przy tych wszystkich wolontariuszach i kotach jakby mi zginęła bliska osoba. A, że życie nie znosi pustki i co krok szykuje nam niespodzianki, tak i dla mnie przygotowało coś, co zmusiło mnie do działania i skierowało moje myśli w inną niż Czarna Kicia stronę. Ale to już inna opowieść, za to z happy endem.

To ostanie zdjęcie Czarnej  jakie znalazłam w aparacie. Nosi datę 5 maja 2013 rok



20:46, jagus161
Link Komentarze (9) »
niedziela, 11 maja 2014

Ileż to razy, niepokorna myśl świdrowała moje szare komórki, a właściwie miejsce gdzie wedle wszelkich nauk anatomii winny się one znajdować, że  byłoby dobrze wrócić do Blogowej Kociej Rodziny. Ileż to razy za każdym razem znajdowałam wymówkę, że ten powrót jest dla mnie pożeraczem czasu, którego nie mam za wiele. Zdaję sobie również sprawę, że taką wymówkę ma każdy z nas na zawołanie. Jednak coraz bardziej męczy mnie chęć podzielenia się na łamach Psiakotów tym co się u mnie działo i dzieje obecnie. Ot taki blogowy ekshibcjonizm ukierunkowany na ukazywanie codziennego życia, w którym wiodące role odgrywają koty i pies.  Tak więc...Psiakoty wracają.

Tagi: koty
12:53, jagus161
Link Komentarze (7) »
środa, 10 kwietnia 2013

Myślałam, że wyrosłyśmy z tego obie- suńka i ja. Piesa, bo szok adopcyjnym minął jej już przecież jakiś czas temu. Ja, bo Mała w końcu przyzwyczaiła się, że noc jest od spania a nie od pilnowania stada i sprawdzania, co jakiś czas, czy wszyscy są na swoich miejscach.

Tą idylliczną stałość cichej nocy, swym pojawieniem zburzył Toffik. Nie od razu to się stało. Początkowo kota spała w zakamuflowanych miejscach, znanych tylko sobie. Miejsce mogło być niewygodne, ważne było dla niego, by tylko nie wejść pozostałym futrom w drogę. Czas jednak płynie i Toffik zaczyna w domu poczynać sobie coraz pewniej i śmielej i właśnie owa śmiałość stała się przyczyną nocnego markowania Małej.

Spanie, to druga po jedzeniu ulubiona czynność Boguśka.

Wiadomo, że łóżko od zawsze należy do Boguśka. W swej łaskawości czasem pozwoli z łóżka skorzystać Czarnej i Filkowi.  O ile ta dwójka respektuje prawo własności Sznurówy do łóżka i absolutnie nie planuje  obalać suwerena o tyle Toffik jest przekonany, że łóżko to własność wspólna i każdy może nim dysponować do woli. Chyba nie muszę pisać, co o tym myśli jedyny władca i jakie podejmuje kroki by nowemu wybić z głowy podział władzy. Z kolei pretendent, też nie w ciemię bity, szuka sojuszu u mnie. Delikatnie wchodzi na łóżko, zrobi parę baranków, zamruczy, wywali brzuchol do głaskania, czym mnie rozczula i ... uderza w kimono. Nie zaprzeczam, jego zabiegi przynoszą pożądany dla niego skutek.

Śpimy więc w trójkę. I pachniałoby sypialnianą sielanką, gdyby w Małej nie obudziły się demony. Każde poruszenie na łóżku wywołuje u  niej stan najwyższej gotowości bojowej objawiający się meldunkiem jej nosa na mojej twarzy. Gdyby to był ciepły mały nosek, to mogłabym przymknąć na tę fanaberię oko, ale zimnym wielgachnym kinolem... mnie!!! bohatera!!! Nie mam wyjścia, chyba przeprowadzę rewolucję i obalę oba futra.



sobota, 06 kwietnia 2013

Na wstępie pragnę zaznaczyć, że dzisiejszy wpis nie jest przeznaczony dla Czytelników o wrażliwej duszy i uczulonych na bluzgi z ust kobiety.

Choć minęło już sporo czasu i wszystko, jak na to wskazują znaki, zakończy się dobrze, to na samo wspomnienie tamtych chwil, lekko zaczyna mi się gotować krew w żyłach. Jako, że jestem kobietą, jak twierdzą moi najbliżsi apodyktyczną, egoistyczną i surową to wyobraźcie sobie, jak wtedy musiałam się gotować.

Wierni Obserwatorzy, wiedzą, że pod moją i Maryli opiekę trafiła Suzi, ciężarna kotka zostawiona tak samo jak Toffik, przez właścicieli, którzy wyprowadzili się z naszej ulicy. Ponieważ ciąża Suzi była już za wysoka na aborcję i sterylizację, po uzgodnieniach z naszą Panią wet, mieliśmy wszyscy czekać na naturalne rozwiązanie, by później w humanitarny sposób rozwiązać problem z miotem a w późniejszym terminie przeprowadzić sterylkę.

Suzi. Zdjęcie zrobiłam jeszcze w lutym.

Jakieś dwa tygodnie temu, koło godziny 17 zaniepokojona Maryla zadzwoniła do mnie:

- Pani Agnieszko, niech mi pani da transporterek, bo chyba muszę jutro rano podjechać z Suzi, do weterynarza. Coś jest nie tak, odeszły jej wody a ona nie może się okocić. Nie miauczy, nie rusza się, tylko leży w swoim legowisku koło pralki.

Nie wiele myśląc mówię:

- Pani Marylo, nie jutro, dzisiaj jedziemy! Jak Pani chce, to odpalam auto i już! Tu trzeba działać!

Zapakowałyśmy Suzi do transporterka i jazda do lecznicy. Suzi faktycznie wyglądała nieciekawie. Apatyczna i rozbeczkowana tak, że gdy brałam ją na ręce myślałam, że żebra jej połamię.

W naszej lecznicy akurat pełnił dyżur lekarz, za którym osobiście nie przepadam, ale przecież w takiej sytuacji nie ma co wybrzydzać. Kotce trzeba ulżyć i ratować jej zdrowie a może nawet i życie.  Pan weterynarz, po wysłuchaniu naszej historii o Suzi, kotkę obejrzał, sprawdził rozwarcie i postawił diagnozę;

- Akcja porodowa niby jest, bo rozwarcie jest, ale coś blokuje ujście, Może się płód źle ułożył. Trzeba by było zrobić cesarkę.

Po tych słowach odwraca się do biurka, spogląda na zegar i  kalendarz, i drapiąc się po głowie mówi dalej:

- Tylko jest problem, bo ja o tej godzinie już jej tej cesarki nie zrobię. Po drugie, jak widzicie jestem dzisiaj sam a jutro już mamy zaplanowane dwa zabiegi.

I tyle...dosłownie... tyle. Mnie zamurowało. Maryla, zrezygnowana zamyka z Suzi w środku transporterek i prosi tylko o choćby jakiś zastrzyk wywołujący poród. Lekarz odmawia z racji mogących wystąpić powikłań włącznie z rozerwaniem pochwy. Ochłonąwszy mówię:

- Panie doktorze, rozumiem i przyjmuję do wiadomości, że nie ma Pan możliwości wykonania cesarki. Proszę w takim razie skierować nas do innej lecznicy gdzie ten zabieg zostanie przeprowadzony. 

Lekarz patrzy na mnie zdziwiony.

- Proponuję udać się do Dąbrowy. Może do innej lecznicy. No nie wiem.

- Nie wiem gdzie jest lecznica w Dąbrowie - mówię- Proszę zadzwonić tam. Proszę się dowiedzieć, czy zrobią jej tę cesarkę. Nie mam przy sobie telefonu. Został w domu. Proszę podzwonić po innych i nas skierować.

Oczy lekarza robią się jeszcze większe. Chyba ze zdziwienia, że ktoś od niego wymaga, aby gdzieś zadzwonił, gdzieś umówił zabieg, gdzieś poprosił o pomoc, której on sam dać nie może.

- Panie doktorze, ma Pan tu komputer, chyba ma dostęp do internetu. Niech pan wygoogla najbliższe lecznice, kontakty, proszę dzwonić!! - już lekko podniesionym głosem mówię ponownie do niego, bo widzę, że facet jest bierny wobec zaistniałej sytuacji i mam wrażenie, że kompletnie mu nie zależy na uratowaniu kotki.

- Niech Pani na mnie nie krzyczy. Czekałyście z tym cały dzień a teraz wymagacie ode mnie- mówi.

- Nie krzyczę. Dowiedziałam się o jej stanie dopiero niedawno! Jestem kobietą czynu i tego oczekuję od Pana. Proszę działać a nie drapać się po dupie, bo tu trzeba kotkę ratować!!!

Mówiąc to, spoglądam na Marylę, która zastygła w pozie w rękami na uchwycie transporterka tak jakby już miała zabierać Suzi i wychodzić.

Pomogło, zaczyna dzwonić. Dwa telefony i porażka. Nie robią, za późno. Trzeci telefon do Dąbrowy Górniczej. Strzał w dziesiątkę. Do 19.30 mamy się zjawić z kotką. Spoglądam na zegar, jest 18.20. Spokojnie, nawet z błądzeniem zdążymy.

Bez zbędnych ceregieli wychodzimy z lecznicy. Na odchodne jeszcze rzucam w drzwiach.

- Ciekawi mnie ilu ludzi odesłał Pan w podobnej sytuacji z kwitkiem?! Tak nie postępuje weterynarz! Piep....ny miłośnik zwierząt! I trzasnęłam drzwiami.

Po około 20 minutach, łącznie z błądzeniem oczywiście, jesteśmy na miejscu. Ponieważ lecznica została uprzedzona o naszym przyjeździe, pomimo kilku oczekujących na wizytę zwierzaczków, z marszu trafiłyśmy do jednego z gabinetów.

Tam szybkie usg i diagnoza lekarki. Jeden z płodów, już martwy, zablokował ujście. Konieczna szybka cesarka.  Opowiadam historię Suzi i to co nas spotkało godzinę wcześniej, Pani wet, która jest młodą kobietą, proponuje równocześnie sterylkę oraz uśpienie miotu. Z racji prowadzonej w Dąbrowie Górniczej akcji sterylizacji i kastracji bezdomnych kotów, cała akcja ma nas kosztować 120 złotych.  Jestem uradowana tym faktem i oczywiście zgadzamy się z Marylą na ten zabieg. Suzi zostaje na noc w lecznicy a następnego dnia popołudniu mamy ją odebrać.

I tak to się szczęśliwie dla Suzi skończyło. Teraz kotka u Maryli wraca do zdrowia i już powoli zaczyna sobie wychodzić na ogródek.

Dodam tylko, że o naszej przygodzie z nieczułym wetem, dowiedziała się „nasza Pani Ela od kotów” ( tak nazywamy wetkę, która się opiekuje naszymi futerkami i która jak sama mówi uwielbia koty i ma do nich ogromną słabość) i od razu zaprosiła Marylę na ściągniecie szwów u Suzi, żebyśmy nie musiały jechać do Dąbrowy. Dodatkowo przez kilka dni nawadniała kroplówkami koteczkę nie biorąc nic pieniędzy za wizyty.



Tagi: Suzi WET
17:30, jagus161
Link Komentarze (18) »
środa, 03 kwietnia 2013

Jako, że  Barbarka z Wrocławia twierdzi, iż ciągle piszę, że nas zasypało, dzisiejszy post będzie o... kotach i jako, że zima tej wiosny nie odpuszcza... o śniegu :))

Nic na to nie poradzę, że zaczynam mieć wrażenie jakoby obrzeża Sosnowca coraz bardziej przypominały wioskę położoną gdzieś w Alpach, niż miasto. Ale mi się zamarzyło, prawda? Alpy a nie pobliskie Beskidy :)) O kwiatach, pracach w ogrodzie mogę sobie obecnie pomarzyć. Jedyne co,  zdążyłam zrobić z początkiem marca, gdy pełna wiary w ustępowanie zimy, ruszyłam z grabiami na ogród, to obielić ostatnią czereśnie jaka nam została. Przyglądając się naszym futerkom, zauważyłam, że i one powoli zaczynają mieć dosyć tej aury. Z domu wychodzą niechętnie, zmuszone jedynie potrzebami fizjologicznymi. Po czym szybciutko wracają w domowe ciepełko. Za to w domu, jak to w domu – wyleżeć cały dzień też się nie da, więc co jakiś czas dochodzi między nimi do karczemnych awantur.

Filuś z Małą

Prym wiedzie para Boguś- Czarna. Ostatnio tak darły futro, że kotłując się spadły ze schodów i zatrzymały się dopiero przed pyskiem Małej, która zwabiona harmidrem ruszyła z pomocą, nie wiedząc tylko komu i po co. Futra bardzo szybko ostygły w swych zapędach, po czym każde dostojnym krokiem poszło w sobie tylko znane miejsce. Czarnej między łapkami wystawały kłębki białego futerka. Z racji jej ciemnego umaszczenia owa zdobycz, widoczna z daleka, obnoszona była niczym wojenne trofeum, by pokazać wszystkim, kto tu rządzi. Generalnie największym prowodyrem jest Boguś. Ta łachmyta schroniskowa przez zimę nareszcie nabrała masy i po prawdzie zaczyna upodabniać się figurą do Filusia. Niestety tylko figurą, bo charakter ma zgoła odmienny. Uwielbia zaczepiać inne koty, nie boi się Małej a rankiem skoro świt, gdy smacznie śpimy, wchodzi na nas i kategorycznym mruczeniem, tudzież szturchnięciem domaga się głaskania. Istne wcielenie diabła w futerku aniołeczka.

Drugim zawadiaką jest Toffiś. Tak, tak, kocurek powoli staje się pełnoprawnym członkiem stada. Został już wyleczony prawie ze wszystkich bezdomnościowych przypadłości (patrz świerzb, pchły i robale itp, niestety został oporny tasiemiec, na którego nasza wet Pani Ela szykuje w najbliższym czasie cięższe działa) i wykastrowany. Oooo ten to dopiero pokazuje charakterek.Jest przy tym ogromniastym miziakiem, który potrafi położyć się wprost pod nogami, tylko po to, by wypiąć brzucholek do głaskania.

Toffik.

Śpiący Toffiś.

Jako, że musi sobie wywalczyć w stadzie pozycję, co rusz słychać w domu jego syczenie. Potrafi robić to doprawdy głośno. Co prawda nie zaczepia reszty futerek, raczej tylko broni się przez zaczepkami Boguśka ale Mała przy nim dostała masochistycznych skłonności.  Toffik, bowiem nie przepada za jej towarzystwem i nie raz już zdzielił suńkę łapką w pychol. Ta z kolei tak posmakowała w tej zabawie, że co rusz nadstawia mu drugi policzek. I jakby to nie wyglądało, to jak nie walki między kotami, to uprawianie damskiego boksu przez Toffika i Małą dominują tej wiosny u Psiakotów.

Tak więc spełniając życzenie Barbarki, sypnęłam okruszkami nowinek i ponownie zasypałam wiernych Czytelników  śniegiem:))

Wieści o naszej ciężaróweczce Suzi ...niebawem.



16:04, jagus161
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 01 kwietnia 2013

Co raz częściej zastanawiam się czy zima ustąpi. Czy może będzie jej letnia odmiana. A jeśli będzie, to czy będzie to krótkie arktyczne lato, takie jakie mają pingwiny? Nie wiem. Wiem natomiast, że nie pamiętam aby 1 kwietnia było tyle śniegu w naszej okolicy. Jestem w stanie przyswoić o tej porze roku śnieg w górach-  dajmy na to w Beskidach ale nie w Sosnowcu...W każdym razie aura panująca za oknem nie ma nic wspólnego z aktualnym kalendarzem. Patrząc rankiem w okno zagadnęłam J. czy po śniadaniu nie poszlibyśmy z Małą na spacer. Przecież ona uwielbia taką pogodę. Drugą sprawą było udokumentowanie panującego zjawiska, by za lat kilka wspominać jak to 1 kwietnia roku pańskiego 2013 śniegu było dosłownie po kolana.

Pańcio jak na twardziela przystało, z początku czapkę dzielnie dzierżył w kieszeni.

Po chwili jednak czapka znalazła się na właściwym miejscu. Co innego ja. Od początku w gustownym berecie :))) Mała natomiast od samego początku spaceru była mocno podekscytowana i wszędzie musiała wsadzać swojego nochala.Węszyła z takim zapałem, że traciła w pewnych momentach dech.

I tak od drzewa do drzewa z nosem ryjącym po...śniegu.

Troszkę nas przeraził ogrom śniegu do odgarnięcia z podjazdu...

Od czego jednak są dzieci a właściwie dziecko...dorosłe dodam. Tylko dlaczego zamiast odgarniać śnieg, woli bawić się z Małą?

Suńce taka zabawa jak najbardziej odpowiada. Wytarzać się z Młodym w śniegu by...

później na mim zlec i obserwować jak Młody dzielnie poczyna sobie z łopatą do śniegu, odśnieżając podjazd.

16:55, jagus161
Link Komentarze (17) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23
O autorze
Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl
Kotlownia-blogi o kotach
Candy u Will.ow